piątek, 26 lutego 2016

Rozdział 1

Rozdział 1 


1 września 1561 roku

Hogwart. Szkoła dla uczniów uzdolnionych magicznie…czy ja taka byłam? Owszem…ale czy odnajdę się wśród tych wszystkich osób? Tego nie byłam taka pewna. Sama nie wiedziałam kim jestem…kim są moi rodzice? Dlaczego mnie opuścili? Te pytania cały czas siedzą w mojej głowie…
- Aurora..- moje rozmyślania przerwał głos mojej przyjaciółki Kateriny– Jesteśmy prawie na miejscu
Spojrzałam na nią. Katerina była wysoką, ciemnowłosą, bardzo ładną dziewczyną. Od zawsze miała wielu wielbicieli...
- Tak, tak…- wstałam i założyłam swoja szatę.
- Wszystko w porządku? – spytała widząc, że moje ręce lekko drżą
- Tak. – zdobyłam się na lekki uśmiech – Po prostu trochę się denerwuje.
- Nie ma czym…poradzisz sobie. – uśmiechnęła się.
Usiadłam obok niej.
- Na prawdę… nie masz się czym martwic. Jesteś świetną czarownica. – powiedziała patrząc na mnie.
Westchnęłam.
- No nie wiem…- powiedziałam patrząc na nią – Nie panuje nad tym.
- Właśnie od tego jest Hogwart.- zaśmiała się – Żeby pomoc opanować magie.
Uśmiechnęłam się, a pociąg zaczął zwalniać.
- Jesteśmy na miejscu. – wstała i wzięła swoje rzeczy.
Zrobiłam to samo i wyszłyśmy z pociągu.
- Spotkamy się w Wielkiej Sali. – przytuliła mnie i poszła wraz ze swoimi koleżankami w stronę zamku.
Poszłam za wszystkimi pierwszoroczniakami. Zgodnie z tradycją wszyscy pierwszoroczni muszą przepłynąć łódką jezioro.
- Dlaczego jezioro? – spytałam patrząc przed siebie – Dlaczego nie możemy poruszać się na lądzie?
- Bo tak jest fajnie. – powiedział jeden chłopak z mojej lodki
- Fajnie? – spojrzałam na niego – Nie dla kogoś kto nie umie pływać.
- Nic ci nie będzie.. poza tym jesteśmy już na miejscu. – poczułam jak łódka zatrzymuje się i otworzyłam oczy.
Wyszłam z łódki i wszyscy poszli do zamku.
Po wytłumaczeniu zasad przez Panią Wicedyrektor poszliśmy do Wielkiej Sali gdzie będziemy przydzieleni do jednego z czterech domów: Gryffindoru, Hufflepuffu, Ravenclawu i Slytherinu.
Ustawiliśmy się w rzędzie i zaczęto wyczytywać nazwiska.
- Riddle, Aurora. – wyczytano po paru minutach a na dźwięk nazwiska w Sali rozlegly się szepty.
Podeszłam i usiadłam na drewnianym krześle a na głowę założono mi Tiarę.
- Slytherin! – krzyknęła tiara prawie od razu a ja skierowałam się w stronę stołu przy którym czekała już Katerina.
Usiadłam obok niej.
- Mówiłam, że nie masz się czym martwic.- uśmiechnęła sie.
Uśmiechnęłam się lekko a kiedy Ceremonia Przydziału się zakończyła glos zabrał dyrektor.
Słuchałam go uważnie.
- Wiec żeby już nie przedłużać…Witam wszystkich w nowym roku! – uśmiechnął się a na stole pojawiło się jedzenie.
- Ej…- szepnął do mnie jakiś ślizgon – Ty jesteś Riddle?  Ta Riddle?
- W jakim sensie TA Riddle? – spytałam nie wiedząc o co chodzi.
- No wiesz… Od tego Riddle’a który chodził tu do szkoły?
Spojrzałam na niego.
- Powiedz wszystko co wiesz.



piątek, 15 stycznia 2016

Miniaturka cz.1

Muzyka do miniaturki: KLIK i KLIK (słuchajcie w tej kolejności)


Był deszczowy, chłodny jesienny poranek. Pewna dziewczyna już teraz spacerowała po błoniach ze swoim kochanym...kotem. Kto jak kto, ale Avalon kochała melancholijne i smutne dni. Mogła wtedy wszystko na spokojnie przemyśleć. Niestety zawsze znajdzie się ktoś, kto ten błogi spokój zakłóci. Tak było i tym razem.

*Avalon's Pov*
 
-Avalon...to ty, prawda? - ten kto śmiał przerwać moje rozważania srogo tego pożałuje...nienawidzę, gdy ktoś to robi, gdy wyrywa mnie z mojego świata i gówno mnie obchodzi jaki jest tego powód!
-...mhm...- nie potrafiłam wydusić z siebie żadnego innego ,,słowa'', byłam zirytowana i ledwo się powstrzymywałam, żeby nie rzucić w niego avadą. Chociaż...w sumie nie wiedziałam nawet kim jest. Dobra...raz kozie śmierć -  podniosłam powoli głowę i od razu napotkałam na swojej drodze te cudowne oczy...
- Dyrektorka cię wzywa - czar prysł - podobno to jakaś ważna sprawa. - Yhy...ważna sprawa...od kiedy coś jest ważniejsze od mojego spaceru?! Zresztą do mnie?! Świat się kończy! Ale...jak trzeba, to trzeba.
- Ok...już idę - tylko, że ja przecież nawet nie wiem, gdzie jest jej gabinet. Nawet jak tam pójdę, to zgubię się w gąszczu korytarzy - Eee...jak się nazywasz?
- Tony - Tony, Tony, Tony...skądś kojarzę to imię, ale teraz na pewno sobie tego nie przypomnę.
- Tak więc Tony czy mógłbyś...- nie dokończyłam, bo od razu otworzył usta.
- Nie licz na to - uśmiechnął się złośliwie, czyli tak chce grać...no dobrze, mi to odpowiada. Jednak na początku muszę iść do McGonagall...tylko ja nadal nie wiem, jak się tam dostać! Dobra...poradzę sobie sama, jestem samodzielną i samowystarczalną kobietą. Wyprężyłam dumnie pierś i ruszyłam. Ale zanim się spostrzegłam, już wypowiadałam moje ulubione słowo...nic takiego, po prostu nawyk.
- Dupek - wymamrotałam pod nosem, ale chyba to usłyszał. No i świetnie, nie ma to jak mieć na pieńku z...tak właściwie to jeszcze nie wiem do końca jak wygląda. Ukradkiem spoglądam na niego...jest dobrze zbudowany, wysoki, ahh...i te piękne niebieskie oczy (które za pierwszym razem były jeszcze ładniejsze)...Aha, świetnie...chyba na mnie patrzy. Szybko odwracam wzrok i żałuję, że nie mam szklanego oka Moody'ego. Dobra, będę się zachowywać jakby nigdy nic...przecież nic się nie stało, co nie? Momentalnie staje jakbym była wmurowana w ziemię...Przecież on jeszcze sekundę temu był za mną. A teraz jest przede mną...hmm, najwyraźniej mój mózg po prostu tego nie ogarnia. Jak zresztą zwykle. Patrze na jego twarz, a on...myślałam, że będzie w furii czy coś. Nie, on tylko stoi i się uśmiecha, i to jak. Ma taki uroczy uśmiech i te słodkie dołeczki (to, co tak bardzo kocham u chłopaków). Ok Avalon, spokojnie, nie rozczulaj się za bardzo, bo jeszcze się tu rozpłyniesz. Oddychaj...teraz go wymiń i idź dalej.

*Tony's Pov*

 Znowu...McGonagall znowu wysłała mnie do kogoś, żeby powiedzieć mu o wizycie...Ja nie jestem chłopcem na posyłki! Co z tego że mam status prefekta naczelnego?! No dobra...ok...może to ma coś do rzeczy, ale...nie wcale nie, to niema żadnego związku ze sprawą! Czy jestem wkurzony? Tak, oczywiście i to bardziej niż się wam wydaje. Tylko co mogę zrobić, przecież nie nawrzeszczę na dyrektorkę szkoły - szlaban gwarantowany. Nie pozostaje mi nic innego, jak iść do tej dziewczyny i powiedzieć, że musi iść do byłej opiekunki Gryfiaków. Przecież to proste, to tylko Avalon...a może aż ona. W każdym bądź razie na początku muszę ją znaleźć. Jest chłodno, pada deszcz - to proste, ona zawsze lubiła taką pogodę (nie, wcale jej nie obserwowałem). Na pewno spaceruje teraz po błoniach. Tylko, że leje...a ja znowu za taką pogodą nie przepadam. Dobra, nie oszukujmy się - ja jej nienawidzę. Zawsze jak wracam mam wszystko przemoknięte i jest mi zimno. I chociaż powinienem pamiętać odpowiednie zaklęcie, to nie udaje mi się go zagnieździć w mojej głowie. Ok Tony, otrząśnij się, jesteś przecież facetem! Rusz to arystokratyczne dupsko i wyjdź w końcu za drzwi, przy których stoisz jakieś dziesięć minut! O, już ją widzę, idzie w kierunku zakazanego lasu...czego innego się po niej spodziewać. Biegnę do niej, ale na sam koniec się zatrzymuję i podchodzę spokojnym krokiem. Znowu zamyślona...uśmiecham się złośliwie.
-Avalon...to ty, prawda? - tak dawaj Tony...udawaj, że jej nie znasz. Chociaż jest wręcz przeciwnie, przynajmniej tak ci się wydaje. Aha, super...już jej się oczy chmurzą. Pierwsza zasada: nigdy nie przerywaj Avalon w rozmyślaniach. Druga zasada: nigdy nie przerywaj Avalon w rozmyślaniach. Trzecia zasada:...
-...mhm...- i pięknie, przynajmniej ,,coś'' powiedziała. Nie umrę...radujcie się ludzie, ja będę żył! To jest cudowna wiadomość. Naprawdę nie wiecie, do czego ta dziewczyna jest zdolna.
- Dyrektorka cię wzywa - oho...znowu coś nie gra - podobno to jakaś ważna sprawa. - jak ja bardzo w tej chwili chciałbym widzieć jej myśli. Niestety nie mam dobrze opanowanej oklumencji...no cóż, takie życie (i tak nieźle daję sobie radę).
- Ok...już idę - zastanawia się...znowu, czyżby wracała do swoich rozmyślań, swojego świata? - Eee...jak się nazywasz?
- Tony - czy ona serio nie znała mojego imienia?! Nie wiedziała jak ma na imię najprzystojniejszy ślizgon! Co do cholery?!
- Tak więc Tony czy mógłbyś...- jestem zbyt zdenerwowany tym, że nie wiedziała jak mam na imię. Tak jestem narcyzem i jestem z tego dumny. I zanim się orientuję ujawnia się znowu moja typowa ślizgońska cecha - złośliwość.
- Nie licz na to - oczywiście muszę dołożyć mój ukochany uśmiech. Ale stop! Nie taki zwykły...to mój ulubiony ,,złośliwy uśmiech ze szczyptą pogardy''. Oh...chyba się za bardzo rozmyśliłem, bo Avalon nie stoi już przede mną, tylko zmierza w kierunku Hogwartu.
- Dupek - słyszę ciche mamrotanie pod nosem. Że co?! Ja dupkiem?! Coś jej się pomieszało...na pewno. Dobra, chyba to zignoruję, przecież ja nie chcę się z nią kłócić. Tony powtarzaj za mną: ,,Ja chcę ją poderwać. Ja chcę ją poderwać''. OK, koniec, ale czemu ona się na mnie patrzy. Zastosujmy metodę nr 8 - ukradkowe spojrzenie na nią. Wiedziałem...zawsze tak jest (każda się tak zachowuje)...oczywiście odwróciła wzrok i się zarumieniła. A jak inaczej, się pytam?! No jak?! Tony - 1, Avalon - 0. A czemu by nie...? Wykorzystuje chwilę jej ,,zamroczenia'' i szybko przemieszczam, żeby stać przed nią. Uwaga Panie i Panowie! Mój drugi ulubiony uśmiech!  Ten z dołeczkami - każda dziewczyna na to leci KAŻDA! Już widzę, jak miękną pod nią nogi. Teraz tylko...




~~~~~~~~
I co sądzicie...jak wyszła mi 1cz. miniaturki o Avalon i Tonym? Przepraszam że takie krótkie, ale moje oczy wymiękają, Pierwszy raz coś sama pisałam (o HP), wcześniej tylko poprawiałam PROLOG Pauliny. Mam nadzieję, że wam się spodobała. Dajcie znać w komentarzu i zaglądajcie na bloga regularnie. / Marta